Walę w tynki.

Zbliżają się ogromnymi krokami. Właściwie nie wiemy kiedy i staniemy w obliczu święta, które jest tyleż celebrowane to potępiane.

Tylko czemu Polacy tak bardzo pogardzają Walentynkami?

Obrzydliwa komercha

Na czoło potępieńczych narzekań związanych ze Świętem Zakochanych wysuwa się najchętniej argument, że jest to święto do cna skomercjalizowane. „Komercha” budzi największy wstręt i pogardę, podsumowując rzecz kategorycznie i ostatecznie, zniechęcając do poznawania i lubienia. No bo kto lubi, jest mało ambitny, najpewniej bezmyślny i płytki. W końcu wszyscy jesteśmy bardzo niszowi, a gust związany ze spędzaniem czasu znacznie lepiej oddaje tańcowanie do upadłego do Eneja na imprezach albo nucenie Bałkanicy. Dzieci w przedszkolu (dziewczynki zwłaszcza) zupełnie niekomercyjnie noszą wyłącznie różowo-fioletowe ubranka, a do kina – całkiem niszowo – wybieramy się tylko na megahity z kilkumilionowymi budżetami, okraszone suto znanymi nazwiskami celbrytów. .. powiało sarkazmem… Pogardzamy komercją, bo wydaje się byle jaka, nijaka, a oddający się jej zwyczajnie bezmyślni. I być może coś w tym by było, gdybyśmy w innych sytuacjach od wspomnianych Walentynek raz do roku byli równie pracowici w dobieraniu rzeczy unikalnych.

Jestem tu nieco złośliwa, fakt, ale myślę, że malkontenci nie poświęcający swoim opiniom nawet śladu autentycznej refleksji czasem zasługują na to, by powiedzieć coś prosto z mostu o ich lenistwie myślowym. No bo jeśli przyjrzeć się tej komercyjności, to czym się różnią Walentynki od współczesnego Bożego Narodzenia czy ulubionego smętnego Święta Listopadowego?

Rynek dóbr łatwozbywalnych narzuca pewien styl widzenia rzeczywistości – przez sprzedawców przede wszystkim. W kontekście produktów i usług każda okazja jest dobra, by wykorzystać ją do sprzedaży. Setki tysięcy zniczy sprzedaje się tygodniami przed 1 listopada, zapach chryzantem niemalże dusi w każdym wiekszym sklepie, czy kwiaciarni, jeśli do jakiejś w tym okresie trafimy. O przewracaniu się przez rozstawione doniczki na chodnikach przy cmentarzach nie wspominając. Mikołajki służą temu, by sprzedać setki tysięcy zabawek czy prezentów bardziej lub mniej potrzebnych. W wielkanoc lecą dekoracje, zajączki, roślinki doniczkowe i inne radosno-wiosenne gadżety. Początek sezonu urlopowego niczym się w tym zakresie nie różni – a nawet nie jest świętem. I podkreślę to jasno – temu służą święta i okazje sprzedawcom i sklepom.

Nam nie musi, powiem dalej, nie powinny – nikt nie każe nam stać w kolejce po najbardziej reklamowaną grę planszową, żeby dziecko było zadowolone. A tak właśnie robimy. I wtedy sobą nie gardzimy. Za to chętnie wyżywamy się na Święcie Zakochanych.

Prostota Walentynek

Walentynkom dostaje się najwięcej, choć wymagają od nas relatywnie najmniej – nie musimy odwiedzać rodziny, robić obiadu na 14 osób, przyjmować hordy gości przewalających się przez cały tydzień przez dom. Nie ma potrzeby się „sztafirować” i współzawodniczyć z sąsiadem na lepsze oświetlenie domu czy bardziej obstawiony zniczami grób.

Mamy wyznać ukochanej osobie miłość. tylko i aż tyle! Ale tego nie potrafimy robić i nie zawsze chcemy. Mówienie o kochaniu krępuje nas i zawstydza. W cieszeniu się miłością jest niedojrzałość, brak powagi i jarmarczny prymitywizm rodem z harlequina. Nie ma w nas tradycji kochania innych, ale też bycia kochanym. Tradycyjnie mamy spełniać obowiązki, mamy pracować, osiągać, spełniać oczekiwania. Miłość odsunięta jest na plan dalszy, a nawet odsunięta jest z pola widzenia. Jest dobra dla gówniarzy i narzeczonych. Potem przychodzi proza życia, a kto się jej nie podda działa wbrew polskiej tradycji.

Tradycyjnie przygnębieni

I tutaj dochodzimy do drugiego argumentu „przeciw” Walentynkom. Tradycja jest tarczą, na której niesiemy nasz bojkot Święta Zakochanych. Tradycyjnie mamy Święta swoje, i basta. Nie wolno chcieć bawić się w coś innego. Zaskakujące, jak zapominamy o tym, że te nasze Święta nie do końca są takie nasze. Jednym z wielu przykładów jest Święty Mikołaj jakiego znamy – nie ma zielonego biskupiego płaszcza, a czerwony kubrak i białą kręconą brodę. Nie zastanawiamy się nawet, że ten Mikołaj został stworzony kilkadziesiąt lat temu na potrzeby kampanii komercyjnej Coca-Coli i w tej formie właśnie wgryzł się w naszą świadomość – do tego stopnia, że uznajemy go za coś oczywistego i „tradycyjnego” (w kontrze do „tymczasowej komercyjności”). Tradycyjnie możemy się umartwiać, iść w pochodach, pościć – przynajmniej oficjalnie. Nawet przy Wigilii odmawiamy „wieczne odpoczywanie”, żeby przypadkiem nie skupić się nadto na doczesności. Tradycyjnie mamy prezentować sobą wygląd „lichy i nieszczęśliwy”i nie gryźć w oczy nadmierną radością. Kiedy ktoś pyta, co słychać, po polsku odpowiedź brzmi „stara bida”, albo „eee, szkoda gadać”. Jakby deprecjonowanie stanu faktycznego (bo jak wynika z badań statystycznych, prywatnie przyznajemy się znacznie częściej do tego, że jesteśmy szczęśliwii zadowoleni z naszego życia) było bardziej na miejscu. Bycie uśmiechniętym jest kłopotliwe i krępujące. Nie wiadomo tylko czy dla nas samych czy ludzi wokół nas. Chyba dla wszystkich. Kłania się nasza katolicka tradycja, która zabrania cieszyć się dobrem doczesnym, a raczej celebrować to, co rzekomo nas spotka po śmierci. Ostatni będą pierwszymi – im bardziej przygnębiające życie na ziemii, tym świetlejsza przyszłość? Na to by wyglądało.  Dodatkowo jesteśmy zawsze uciemiężeni i zgnębieni, jak nie zaborem, okupantem czy „opiekuńczym Związkiem Radzieckim” to SB czy wreszcie zgniłym Zachodem.  Nasza Polskość zawsze jest dręczona i nie może rozwinąć w pełni. Jesteśmy pełni pietyzmu i patetyczności kiedy pochylamy się nad tradycjami w Polsce.

Dlatego Walentynki są politycznie podejrzane. Głośny śmiech jest nie na miejscu, mówienie o szczęściu jest nie na miejscu. Bycie w związku i bycie szczęśliwym jest nie na miejscu, bo Polak powinien narzekać i temu powinien poświęcać najwięcej uwagi. No i mamy kłopot z wyrażaniem uczuć. Zwłaszcza uczuć dobrych.

Lęk przed uczuciami

Od najwcześniejszych lat uczymy się hamować wyrażanie uczuć. Rodzice niewiele o uczuciach z dziećmi rozmawiają. Pytają o to, co w szkole, każą odrabiać lekcje, rozmawiają o tym, co ktoś i dlaczego – mówienie o kimś idzie wszystkim znakomicie. Nie ma jednak zachęty do tego by wyrazić emocje – emocje powinno się hamować, a uczuć na wszelki wypadek nie wyrażać. Dzieciom nie mówimy wyraźnie „kocham cię bardzo, jesteś dla mnie ważny”, bo przecież dziecko wie! A potem jako dorosła osoba dziecko nie umie partnerowi powiedzieć „kocham cię” zwalając na partnera odpowiedzialnosć za niedostrzeganie wyrazów miłości lub niedomyślenie się. A przecież każdy psycholog potwierdzi, że powiedzenie „kocham cię, cieszę się, że jesteś” mocno wzmacnia zarówno więź, jak i partnera.
Zwykle w biegu o tym zapominamy, nie ma nigdy odpowiedniego momentu czy okazji. Zajmujemy się pracą, domem czy sobą. Rónież sobą nawzajem, a jakże! Nawet uprawiamy seks. Tylko nie rozmawiamy o tym, co kochamy w sobie, o tym, co ważnego partner dla nas robi i czego oczekujemy od związku. W Walentynki musimy sobie o tym przypomnieć, spędzić czas z ukochaną osobą i powiedzieć jej lub jemu, że są dla nas ważną częścią życia. No chyba, że związek, w którym jesteśmy nie należy do najuczciwszych pod względem uczuć – może jesteśmy razem z rozpędu, a uczuciom, które żywimy bliższe jest uczucie jazdy autobusem do pracy co rano. Konfrontacja takiej rzeczywistości z ogólnym nastrojem zachęcającym do kochania raczej irytuje. Zwłaszcza jeśli osoba, z którą jesteśmy oczekuje miłości, jakiej dac nie potrafimy albo nie chcemy.

Bojkotuję bojkot

Pamiętam o tym, żeby powiedzieć ukochanej osobie, że jest dla mnie ważna. Nie zawsze tak było i niezmiernie dumna jestem sama z siebie, ze potrafię to z siebie wykrzesać niezależnie od okazji. Ale cenię okazje, bo one mobilizują mniej aktywnych by głośno wyrazić uczucie. Taki „obowiązek” mobilizuje, a efekty mobilizacji, w związku dobrym i wartościowym będą tylko dobre. Dlatego bojkotuję bojkot. Uwielbiam Walentynki i chcę wierzyć, że w ten dzień ważna będzie tylko miłość.

LITERATURA DLA KOBIET

Wydawnictwo Nasza Księgarnia wydaje i sprzedaje literaturę. Jak się okazuje, wg ekspertów od literatury z wydawnictwa istnieje coś takiego jak LITERATURA DLA KOBIET oraz LITERATURA DLA DZIEWCZĄT.  Nie da się ukryć, że zaskoczył mnie i zasmucił brak LITERATURY DLA MĘŻCZYZN.  Chyba że wszystkie pozostałe książki dla mężczyzn się nadają, a dla kobiet nie.

Jak się przyglądam to faktycznie, przyznaję z pokorą, że kobiety nie mogą być uznane za wielbicielki choćby Literatury faktu.  W końcu fakty są dla kobiet mało zrozumiałe, nie nadążąją one za bieżącymi wydarzeniami, a realne życie po prostu je przerasta.  Dlatego kochają wymyślać te niestworzone historie miłosne, emocjonalne porno o kolejnych kobietach w wieku lat 30-stu, które zakasują rękawy i własnoręcznie remontują sobie obskurną kawalerkę, w której decydują się mieszkać po kolejnym zawodzie miłosnym.  Kobiety żyją egzaltacją, wymyślonymi opowieściami o pustynnych księżniczkach czy orientalnych cesarzowych.  Wszystko to, co dotyka realiów, o ile nie ma związku z czyszczeniem łazienki supermleczkiem czy rozkosznym śniadankiem z rodziną, jest poza zdolnością umysłową przeciętnej kobiety. Nie ma sensu obarczać jej i tak wątłego umysłu. Inna sprawa, że wśród LITERATURY DLA KOBIET znajdą się i książki z dziedziny faktu.   Co jednak istotne dotyczyć będą czegoś mało ważnego – kobiet. Nie chcemy by mężczyźni czytali jakieś smęty o kobietach, które się w życiu nacierpiały – a jeszcze jak katami byli inni mężczyźni?!  Nie możemy mężczyzn narażać na dysonans przy czytaniu. Lepiej, żeby te książki ładnie wyglądały w dziale KOBIECYM.

Jest też literatura przygodowa, bardzo niebezpieczna dla kobiet i dla dziewcząt również.   Z literatury przygodowej kobieta mogłaby wyciągnąć najwyżej niebezpieczne pomysły, marzenia o czymś lepszym niż jej rozkoszny mąż wracający z ciężko wykonywanej pracy do czystego pachnącego domu. Co jeśli zapragnie sama przygodę przeżyć?   A jak uzna, że jej ciężko pracujący małż nie jest dość atrakcyjny z pędem do piwa silniejszym niż pęd do przygód?  Literatura przygodowa, gdyby miała być dostosowywana dla kobiet musiałaby najwyraźniej przedstawiać podniecającą podróż przez przemianę ze zwykłej kobiety w perfekcyjną panią domu.  Kobiety jak wiemy nie lubią przygód. Kobiety największą przygodą ma być zamążpójście. Najlepiej za pierwszego chłopaka, który spłodzi jej „parkę” i wypełni meblościanką marki Black Red White pokój dzienny.   Na Facebooku zamieszczać będzie fotografie z wizyt na działce u przyjaciół, grilla, wycieczki nad morze.  Będzie słodko pierdząco. Jej słoneczka będą rozkosznie się pluskały, a jej książę zalegnie na kocu z puszką piwa w dłoni.  Album ze ślubu będzie prezentował „najważniejszy dzień jej życia”.  Taką właśnie przygodę powinna przeżyć każda kobieta.   To ją uszczęśliwi, a nie niestworzone historie przebrzmiałych autorów pokroju Julisza Verne, Szklarskiego…

LITERATURA KOBIECA pełna jest horrorów.  Tak.  To prawda.  Opowieści o wampirach.  W mrocznej scenerii prężą się sentymentalnie zadumane dziewczyny o magicznych umiejętnościach i twardzi groźni milczący drapieżcy (którzy w skrytości ducha przecież mają gołębie serca).  Tak, to jedyna „niebezpieczna” literatura jaką kobiety mogą czytać. W końcu za drapowanym gotyckim kiczem kryją się historie wręcz banalne i oczywiste. Ona kocha jego, on kocha ją, choć  nie mogą być razem – aż do szczęśliwego zakończenia upstrzonego marszem weselnym.

LITERATURA KOBIECA stoi też w kontrze do kilku innych gatunków – sensacji, edukacji. LITERATURA KOBIECA jest wyjątkowa. Bo KOBIECA.

Naprawdę nie rozumiem tak zorganizowanego podziału. Dlaczego Wydawca, który ma promować wartości edukacyjne, swoisty egalitaryzm intelektualny, gdzie wszystkie książki będą mądrze zaprezentowane, a poszukiwania odpowiedniego tytułu będą oznaczały świadomość tego, co się lubi czytać, a nie świadomość tego, co się chowa w majtkach (i nie jest to penis) proponuje kuriozalne wyłuskanie określonych tytułów, pakując je w dziwnie brzmiącą i niejasną jak dla mnie kategorię LITERATURY DLA KOBIET czy LITERATURY DLA DZIEWCZĄT.  Może ktoś mi to wyjaśni?

Kobiety mówią o swoich pozytywnych doświadczeniach seksualnych z przeszłości…

Pewien ekspert z dziedziny sekuologii wypowiedział się na temat badań dotyczących zachowań seksualnych. Odniósł się do jednego z aspektów  tegoż.

Chodzi o mówienie o pozytywnych doświadczeniach seksualnych z przeszłości w swoim związku, swojemu mężczyźnie. Że to błąd.

Aktywistka wibratorystka oburza się, twierdzi, że specjalista nie lubi kobiet, szerzy szkodliwe stereotypy i zabrania kobietom mówić o ich seksualności.

A ja się pytam, jak się ma mówienie o własnej seksualności i potrzebach do relacjonowania co fajnego robił mi ten czy tamten facet – bo jak rozumiem o tym traktował ten fragment badań….

Grunt to nie dać się ponieść paranoi i własnym lękom 🙂 Jak uważasz, że ktoś Cię tłamsi, znajdziesz tego dowody wszędzie dookoła siebie.
A mówienie partnerowi o cudownych doświadczeniach erotycznych z przeszłości? W określonym kontekście to jest błąd! I dotyczy każdej strony relacji. No chyba, że nie zależy Ci na budowaniu relacji z partnem.

Jako kobieta nie chciałabym usłyszeć od swojego partnera „Bardzo podniecająco działały na mnie długie nogi Kamili, jak mnie oplątywała nimi, dochodziłem w trzy sekundy.” Sama tez nie opowiadalabym mu o swoich superfajnych seksualnych doświadczeniach. Nikt nie powinien tego robić swojemu partnerowi.  wolałabym skupić się na mówieniu mu o potrzebach i podsuwaniu sposobów na zadowolenie mnie :)))

I zamiast się doszukiwać i bulwersować, może warto się zastanowić tak naprawdę o co w tym wszystkim chodzi…

Nieprzydatny społecznie

Janusz Korwin-Mikke znowu obraża ludzi i wykazuje godną zażenowania postawę nieco retro, charakterystyczną dla pewnego celebryty z przeszłości, noszącego rzucający się w oczy wąsik, przylizaną grzywkę, i gustowny wojskowy uniform. Lubił duże słowa i duże gesty. Nieszczególnie lubił ludzi i miał upodobanie traktować się jak jakiś bardziej atrakcyjny towar. Tak ogólnie, był charakterystyczny. Janusz Korwin-Mikke również jest charakterystyczny. Rzuca inwektywami, usiłuje szokować wypowiedziami, sprawiając wrażenie kosmity. Tym razem obraża paraolimpijczyków powołując się w sposób nader bezmyślny na socjobiologię i zasady selekcji naturalnej. Obnaża tym samym dziury w inteligencji, którą rzekomo posiada, a o której mówią jego równie bezrefleksyjni fani.

Z socjologicznego punktu widzenia prymitywne społeczności funkcjonowały dzięki silnym, sprawnym osobnikom. Zdrowym! Dzięki ich obecności społeczności mogły przetrwać, dając odpór aligatorom, hordom dzikich psów czy przedstawicielom innych społeczności śliniącym się na ich kobiety czy dogodną jaskinię z dostępem do czystego wodospadu… Ludzie starzy grzecznie umierali, ewentualnie przydawali się do wspominania dawnych czasów i tłumaczenia rzeczywistości. Było to przydatne na przykład wtedy, kiedy na społeczność spadała jakaś plaga, która ostatnio była w tym rejonie kiedy ci starzy biegali w majtkach (albo raczej bez) za obwisłymi piersiami własnych spracowanych orką matek.
Ludzie piękni, tzn zdrowi, silni, bez wad fizycznych dawali społeczności bezpieczeństwo i wiarę w wygrane (bo przeżyte bez strat w ludziach) jutro.
Żyjemy w czasach skrajnie odmiennych od tamtych. Nadzieję i wiarę w moc i siłę człowieka dają nam słabi i chorzy. Hawskins z porażeniem mózgowym daje wiarę w ludzki umysł i naukę, Wojtyła z Parkinsonem dawał wiarę w ludzkie miłosierdzie, otyła Grycanka daje wiarę w ludzką radość życia i blasku w szarej rzeczywistości i paraolimpijczycy – dający wiarę w ludzką siłę i determinację. Jesteśmy z nich dumni jak z nikogo innego – że walczą, że wygrywają, że są wielcy.

sport jest metaforą walki – kiedy społeczności dla spokoju ducha i ku pokrzepieniu serc zamiast bezprzykładnie się wyrzynać rozpoczęły uprawiać współzawodnictwo sportowe. Na równych zasadach dwie drużyny przeciwnych społeczności, walczą o laur, prestiż i honor. Nie tylko swój – ale swoich społeczności.  Nasi zdrowi olimpijczycy okazali się kiepskimi „wojami”. Nie popisali się, a uczucia, które Polacy mieli po Olimpiadzie trudno włożyć w kategorie „laur” „prestiż” i „honor” (oprócz niewątpliwie faktu, że walczyli uczciwie). Fakt jest taki, że paraolimpijczycy podbudowują naszą społeczną samoocenę. Jesteśmy dumni, że jesteśmy z nimi, że to MY. Wygrywamy – ta drużyna „wojów” sławi nas i daje nam uczucie chwały. A tego właśnie społeczność potrzebuje, żeby być mocniejszą, prawda?

Społeczeństwu nie przydają się darmozjady, gadające głowy, z których nie ma żadnego pożytku. Dziady, których społeczeństwo odrzuciło czego dowodem są wielokrotnie przegrane przez nich wybory. O… taki Korwin-Mikke… nie inspiruje, nie uczy, nie jest w stanie nas ani uchronić, ani obronić a przede wszystkich natchnąć do niczego większego. Nawet lwa nie odgoni.
Nie robi dla społeczeństwa nic przydatnego poza wygłaszaniem swoich wątpliwych nieprzystających do niczego teorii.
Społeczeństwo się rozwija i żyje dzięki bohaterom swoich czasów. Panie Korwin-Mikke, Pan nim na pewno nie jest. Więc może powinniśmy wygonić już Pana do lasu. Żeby ten lew Pana miłosiernie zeżarł.

Tajemnice łechtaczki

O tym, że kobieta ma łechtaczkę po to, by dawała jej przyjemność wie już coraz więcej osób. Na szczęście. To, że w ciągu pięciu milionów lat ewolucji jest to jedyny narząd stworzony wyłącznie do dawania przyjemności, brzmi imponująco. Nie jest w żaden sposób „przydatna” w takim znaczeniu do jakiego przyzwyczailiśmy się mówić o ciele, nie jest niezbędna do reprodukcji, nie służy do oddawania moczu. Niektórzy śmią używać stwierdzenia, że to narząd szczątkowy, który oryginalnie „powinien być” penisem – jak to się dzieje w rozwoju zarodkowym osobników męskich, a skoro w penisa się nie zamienił, jest „pozostałością”. Łechtaczką rzeczywiście nigdy nie zajmowano się solidnie.

Może oprócz Księżnej Marii Bonaparte.
Ta dzielna i zdeterminowana kobieta poświęciła lata na to, by zbadać w jaki sposób istnienie łechtaczki jest niezbędne do przeżywania orgazmu. Co więcej, wyciągnęła wnioski wg których im mniejsza odległość żołądzi łechtaczki od wejścia do pochwy, tym większa szansa na orgazm w czasie współżycia. Była też, można powiedzieć, prekursorką waginoplastyki, decydując się na ryzykowny zabieg przybliżenia własnej łechtaczki do wejścia do pochwy. Nie odniosła jednak pełni sukcesu, a w późniejszych latach Księżna Bonaparte wychwalała już tylko orgazm „pochwowy”. Tradycjonalista móglby uznać, że po prostu nauczyła się swojej „seksualności” na tyle, by móc przeżywać rozkosz w czasie penetracji, jednak jak się okazało w ostatnich latach, nic nie jest takie, jak się wydawało!

Zarówno Marie Bonaparte, jak i większość kobiet (i mężczyzn też), pytanych o to, czym jest łechtaczka powiedziałoby, że „guziczkiem” u szczytu warg sromowych, „koralikiem nad cewką moczową”, „takim małym czymś u góry sromu”. Jednak w 2009 roku dwóch naukowców z Francji (no bo gdzież by indziej!!!) – Dr Odile Buisson i Dr Pierre Foldes – opublikowało pierwszy trójwymiarowy obraz sonograficzny całej łechtaczki. Przygotowali tę pracę przez 3 lata nie korzystając z żadnego solidnego dofinansowania. A w efekcie tej pracy świat dowiedział się, że faktyczny rozmiar, zasięg i struktura łechtaczki to biologiczne dzieło sztuki użytkowej (a jakże)!

Naukowe określenie „guziczka” czy „koralika” to żołądź. Tak, dokładnie tak jak w penisie. Ta niewielka mięsista struktura zawira ok 8000 zakończeń nerwowych, więcej niż gdziekolwiek w ludzkim ciele i prawie dwa razy więcej niż w penisie! Jak się okazuje, jest to zaledwie część łechtaczki i jedyna część pozostająca na zewnątrz, a cała reszta ukryta jest w środku miednicy, wyznaczając tory kobiecej rozkoszy. Łechtaczka oprócz żołączi składa się z dwóch ciał jamistych, dwóch odnóg w kształcie skrzydeł, oraz łechtaczkowych opuszków przedsionka.

Żołądź łączy się z trzonem znajdującym się w środku ciała przy pomocy dwóch ciał jamistych. Ciała te rozwidlają się i otaczają pochwę dookoła, tworząc przy wzwodzie coś w rodzaju czułego uścisku wokół pochwy – właśnie mniej więcej na tej wysokości określa się istnienie słynnego punktu G.

Ciało jamiste dodatkowo rozgałęzia się tworząc strukturę zwaną odnogami łechtaczki, przypominającymi w swojej formie skrzydła. Mogą mieć rozpiętość do 9 cm i skierowanę są w kierunku pachwin w czasie spoczynku, a w czasie wzwodu odchylają się w kierunku kręgosłupa do tyłu. Wygląda to jak litera V – gdzie ramiona litery przyczepione są do spojenia łonowego, a zbiegają się w trzonie łechtaczki. Blisko każdej z odnóg, po obu stronach wejscia do pochwy znajdują się opuszki przedsionka. Wewnętrznie ułożone są w głębi dużych warg sromowych. Kiedy podczas podniecenia nabiegają krwią powodują, że wulwa powiększa się, a wejscie do pochwy jest przygotowane na penetrację.

Taka konstrukcja łechtaczki pozwala raz na zawsze zakończyć odwieczną debatę nt rodzajów orgazmu. W 1953 roku dr Kinsey napisał: „Ściany pochwy są niewrażliwe u większości kobiet. Nie ma dowodów na to, że pochwa w jakikolwiek sposób jest źródłem przyjemności seksualnej u którejkolwiek z kobiet.” W 1970 roku Germaine Greer opublikowała książkę „Kobiecy Eunuch”, w której bojkotowała teorię Kinseya. Napisała „To kompletny nonsens zakładać, że kobieta nic nie czuje kiedy mężczyzna przesuwa penisa w jej pochwie. Orgazm jest jakościowo inny, kiedy pochwa może falować wokół penisa, a nie biernie go przyjmować.”
Interesujące jest to, że obydwoje mieli rację. Nawet kontrowersyjny dr Kegle (tak tak, ten od mięsni Kegla!), który uznawał łechtaczkę za narząd pośleni i upierał się, że kobieta dojrzała seksualnie powinna odczuwać przyjemność z penetracji pochwy w jakiś sposób miał rację, zakładając, żę świadoma swojego ciała kobieta, posiadająca uważnego partnera znajdzie możliwość eksplorowania przyjemności stymulacją łechtaczki (o czym Kegle pojęcia już mieć nie mógł) od środka! Pochwa sama w sobie nie jest wrażliwa, a jej stymulacja nie jest źródłem przyjemności, jednak stymulacja otaczającej jej łechtaczki wewnętrznej jest bardzo stymulujące – a można to robić poprzez eksplorowanie pochwy, pieszczenie jej i penetrację jej penisem lub gadżetem erotycznym. Wiele kobiet potrafi doprowadzić się do orgazmu bez wsuwania do pochwy czegokolwiek. stymulując żołądź łechtaczki, zewnętrzne narządy płciowe powodują wzwód łechtaczki i napuchnięcie opuszków przedsionka. Ciała jamiste łechtaczki to też niezwykle erogenna tkanka, która stymulowana może być jednocześnie z wnętrza pochwy. Doprowadzenie tych części do wzwodu i dalsza stymulacja w większości przypadków skutkuje orgazmem. Odpowiednio zaangażowany partner będzie mógł użyć swoich palców, wspólnie można dobrać pozycję seksualną podnoszącą skuteczność docierania do wrażliwych punktów. Świadoma swojej seksualności kobieta może posłużyć się wibratorem. Warto zauważyć, że nowoczesne gadżety erotyczne dają taką możliwość! Właściwie dobrany wibrator działać będzie zarówno na żołądź łechtaczki, na opuszki przedsionka wokół wejścia do pochwy, jak i na otaczające pochwę ciała jamiste.

Zaskakujące, że o ile książki anatomiczne są pełne bardzo szczegółowych opisów anatomii penisa i jego właściwości, omija się w nich anatomię łechtaczki. Dzięki dwóm francuskim badaczom możemy zrozumieć jak działa tkanka erekcyjna łechtaczki, jak otacza pochwę i w jaki sposób daje kobiecie orgazm. Innymi słowy, na naszych oczach mityczny „orgazm pochwowy” zamienia się w najprawdziwszy „głęboki orgazm łechtaczkowy”, a świadome swojej seksualności kobiety mogą ponownie rozpocząć poszukiwania nie tylko małego „guziczka” ukrytego w fałdach sromu, ale niewiarygonego skrzydlatego ptaka ukrytego w ich miednicy.

Pamiętajmy też, że kobiecy orgazm nie sprowadza się wyłącznie do łechtaczki i pochwy. Jest to znacznie bardziej skomplikowane i wymaga pracy wielu zakończeń nerwowych, tkanek, mięśni i wysiłku umysłowego. Niektóre kobiety potrafią doprowadzić się do orgazmu wyłącznie o nim myśląc, inne rozciągając mięśnie miednicy. Jedne z nowszych badań sugerują, że znaczącą rolę w orgaźmie kobiecym może grać nerw błędny, znajdujący się w uchu! Uwzględniając wszystkie te zmienne i różnorodność osobniczą, to co działa na jednej kobiecie, nie będzie odnosiło skutku u drugiej. Każdy orgazm jest szyty na miarę i trzeba go po prostu dobrze rozpracować.

 

anna moderska, maj 2012

Dojrzałe kobiety przeżywają swoją rewolucję seksualną

„Mama najpierw nie wiedziała gdzie podziać oczy, o dotykaniu nie wspominając. Potem delikatnie zachęcona zaczęła badać, włączać. Z chwili na chwilę chłonęła to, o czym mówiłam. Słuchała o łechtaczce, punkcie G. Na koniec rozpłakała się, że taka jest stara i nie mogła tego przeżyć kiedy była młoda. Wiem, że spośród zabawek, które obejrzała ma taki wibrator, który jej się najbardziej podobał i z pewnością sprezentuję jej go przy okazji. – mówi konsultantka Fun Toy Party, która postanowiła pokazać czym się zajmuje, swojej mamie, osobie starszej daty, w młodości której bieliznę suszono w szafie, żeby nie wstydzić się przed sąsiadami. Zaskakujące, że w czasie, kiedy większość osób w wieku przedemerytalnym i późniejszym w naszym kraju miała do czynienia z wibratorami tylko z historii opowiadanych sobie żartem (w najlepszym razie) przy okazji imprezy ze znajomymi, w całym świecie kobiety powyżej 40 roku życia to najszybciej rozwijająca się grupa klientów gadżetów erotycznych.

O seksie i zabawkach w sypialni mówi się coraz więcej i coraz częściej. Komunikację kieruje się do kobiet w wieku reprodukcyjnym, śmiałych i niezależnych, przekonując je, że posiadanie wibratora równoznaczne jest z wyzwoleniem się spod władzy mężczyzny, a sam gadżet jest gadżetową alternatywą dla robota kuchennego. Zapominamy jak się zdaje o kobietach, które dobrze czują się w swoich relacjach, w których tkwią nie miesiące, a dekady. Tych, które poświęciły swoją młodość na opiekę nad aktualnymi trzydziesto i czterdziestolatkami poszukującymi swojej drogi i odnoszącymi sukcesy, a które niekoniecznie chciałyby usłyszeć, że ich wybór to porażka na całej linii, bo nie były dość wyzwolone czy niezależne. Kobieta w średnim wieku to kobieta świadoma siebie, znająca swoje ciało, przekonana, że niewiele może ją już zaskoczyć. Bywa znudzona trybem życia, które prowadzi, choć niewątpliwie odnalazła się w jego rytmie i nie przywykła narzekać. Dojrzała kobieta nie musi się buntować, by pokazać, że ma swoje zdanie. Jest to ktoś, kto nie musi już nic nikomu udowadniać. Może poza sobą – bo ciągle działa na wysokich obrotach, dojrzale wykonując to, co do niej należy. Nie ucieka od zobowiązań i dokonale potrafi ustawić swoje priorytety, mając jednocześnie do zmian, które ją zaskakują stosowny dystans.

Taki konglomerat cech powoduje, że to właśnie kobiety zbliżające się do menopauzy i starsze są znakomitym partnerem do rozmowy o rozwijaniu własnej seksualności i o zabawkach erotycznych. Mają dystans do tego, co młodzi myślą o seksie i relacjach. Reagują spokojnie – z jednej strony nieeuforycznie, ale też bez paniki, jeśli coś wykracza poza ich dotychczasowe wyobrażenia. „Oczywiście bywają Panie, które się krępują, jednak pośród osób po 50-tce (a nawet dużo starszych niż 50) odsetek ten jest coraz niższy.” – mówi Aleksander Czyż, przedstawiciel Fun Factory w Polsce, który często uczestniczy w imprezach, gdzie zabawki erotyczne tej firmy są prezentowane szerszej publiczności – „Większość reaguje z dużym zainteresowaniem i z wdziękiem przygląda się możliwościom, jakie dają gadżety erotyczne.” Obserwowanie seniorek przy stole zastawionym pięknymi wibratorami przypominającymi bardziej kwiaty i cukierki niż konwencjonalne zabawki dla dorosłych jest wzruszające i bardzo uczące. Nie reagują na pytania zgorszeniem czy zawstydzeniem – jeśli tylko spostrzegą, że nastrój sprzyja otwartości i wszyscy jesteśmy w tym razem. Chętnie dodają informacje dotyczące ich upodobań, żeby móc uzyskać jak najlepsze wskazówki, co do tego, która zabawka będzie dla nich idealna. Częściej też potrafią powiedzieć jaki rodzaj stymulacji im odpowiada. Uczą się, że mogą zrobić to, o czym pewnie niejednokrotnie myślały, ale nie miały okazji spełnić swojej bardzo intymnej fantazji i zatroszczyć się o siebie. Dla tych, które mają partnerów, ośmielająca wydaje się wskazówka, że w stosowanie zabawek mogą zaangażować partnera i nie ma w tym nic niestosownego – że wiele par tak robi. I faktycznie, na całym świecie 78% użytkowników zabawek erotycznych to ludzie pozostający w związkach i stosujący gadżety zarówno indywidualnie, jak i z partnerem!

Powody, dla których te kobiety otwierają się na temat zabawek erotycznych może być wiele. Seksuolodzy wskazują na zwiększanie się potrzeb seksualnych u kobiet po 40 roku życia, które idą w parze z poznawaniem swojej seksualności i „uczeniem się” przeżywania seksu. Jest też aspekt związany ze zmniejszonym lękiem dotyczącym zajścia w niechcianą ciążę – to rzecz jasna częściej dotyczyć będzie kobiet w okresie pomenopauzalnym, jednak dojrzałe kobiety po urodzeniu dziecka albo dobrze już znają rytm swojego ciała i wiedzą kiedy są płodne, lub też stosują skuteczne formy antykoncepcyjne, takie jak spirala, więc można uznać, że i one mniej obawiają się ryzyka ciąży. U seniorek podwyższa się poziom testosteronu, który ma właściwości podwyższania libido u kobiet. Z czynników psychospołecznych można wymienić spokój wynikający z faktu wychowania już dzieci, spędzania większej ilości czasu samotnie lub z partnerem (bez tychże dzieci właśnie). Świadomość, że nie trzeba już troszczyć się o bezpieczeństwo czy dobrobyt potomka (myśleć owszem, ale nie rozwiązywać potencjalne trudności) stanowi dla osób w średnim wieku duży powód do radości. Posiadanie wnuków często upewnia ich w przekonaniu, że wszystko rozwija się w dobrym kierunku, a dzieci zajmą się sobą. Część osób ma komfort życia w wymarzonym domu, który budowała z partnerem latami, w którym teraz spokojnie mogą spędzać czas i tylko porządkować swoją ustabilizowaną już przestrzeń.

Wtedy własnie seniorki zaczynają myśleć o swoich potrzebach. Również tych erotycznych. Dostępność internetu, czytanie na portalach treści o zdrowiu i seksualności, które są wszechobecne dają im możliwość weryfikacji własnych „osiągnięć” w tej dziedzinie i sprawdzić, czy miały szansę zadbać o swoją intymność przez te wszystkie lata. Niejednokrotnie przekonują się, że umknęło im coś, co być może byłoby budujące i uszczęśliwiające, gdyby tylko dostały tę szansę. Potem dowiadują się, że szansę mają i to większą niż młodsze koleżanki. Nie muszą iść na kompromisy, kupować tanich gadżetów nieznanego pochodzenia – mogą być wybredne i zdecydować się na coś, co będzie schlebiało ich potrzebie bezpieczeństwa i komfortu. Wiedzą, że jeśli mogą zrobić dla siebie coś zupełnie egoistycznego, być może właśnie zadbanie o własną intymność będzie tym czymś. „Uwielbiam z nimi rozmawiać – dla tych kobiet liczy się przede wszystkim dbałość o wygodę. Wiedzą, że jest sfera, którą tylko one mogą „dopieścić” i „dogłaskać” i chcą zrobić to po swojemu!”- mówi Anna Moderska, koordynator projektu Fun Toy Party, w ramach którego podczas mniej lub bardziej formalnych spotkań prezentuje się nowoczesne gadżety erotyczne i rozmawia o seksualności – par, panów i pań w każdym wieku – seniorek również. Te ostatnie faktycznie bardzo chętnie się uczą. Słuchają uważnie informacji o własnych narządach płciowych, o tym, co mogą zrobić, żeby zwiększyć satysfakcję w łóżku. Wiedza ta pada na chłonny grunt kobiet deprywowanych z takich wiadomości przez lata braku dostępności do stosownej literatury. Choć przyznać trzeba, że i osiągnięcia nauki ostatnich lat potrafią zaskakiwać kobiety w każdym wieku – w tej kwestii seniorki stają się „koleżankami z klasy seksualnej” wszystkich kobiet, do których te osiągnięcia trafiają. Kobiety w średnim wieku lepiej niż którakolwiek młodsza dziewczyna wie, jak przełożyć wiedzę teoretyczną na praktyczną. Ponieważ dużo w życiu przeszła, nie przejmuje się porażkami i próbuje dalej, aż osiągnie zamierzony cel. Nie zraża się, bo nie spodziewa się fajerwerków, które w sytuacji gadżetów erotycznych pojawiają się zaskakując ją oczywiście pozytywnie.

Wybierając gadżety dla siebie dojrzałe kobiety właściwie nie różnią się niczym od młodszych koleżanek. Jedna wybiera dyskretny stymulator zewnętrzny Laya, mieszczący się w jej torebce, inna wesoły i modny Little Paul – miniVIBE w kształcie gąsieniczki, który wnosi uśmiech na jej twarz. Są też takie, które zdecydowanie sięgają po większe gabarytowo modele. Jest to dyktowane nie tylko preferencjami lub przekonaniem, że skoro wibrator to „powinien być chyba duży” ale też obawą, że mniejszy wibrator nie spełni swojej funkcji, z uwagi na rozluźnione mięśnie kegla. Podczas spotkań Panie są uspokajane zapewnieniami, że choć oczywiście mogą wybrać pełnowymiarowy model, który ma większe możliwości, to i małe wibratory dają satysfakcję, skutecznie stymulując łechtaczkę – zarówno żołądź jak i jej elementy wewnętrzne, czy punkt G, o których niektóre z nich nie wiedziały – lub wiedziały zbyt mało. Osoby dojrzałe wybierając „swój” wibrator nie martwią się już o to, co powiedzą lub pomyślą ich matki (największy jak się okazuje „cenzor” czy też papierek lakmusowy naszych zachowań seksualnych!), nie przejmują się tym, co pomyśli partner, odważnie decydując się na wprowadzenie zmian w sypialni. Są pewne siebie, choć wydają się stonowane w swoich reakcjach.

Czy kobiecie dojrzałej wibrator jest potrzebny? Z pewnością, po latach, które przeżyła, mogłaby się obejść bez dodatkowego gościa w swojej sypialni. Jednak dbałość o własną seksualność to ogromny zastrzyk pozytywnej energii i stymulator świetnej samooceny dla takiej kobiety. Seniorka regularnie uprawiająca seks, czy to z partnerem czy sama, stymuluje produkcję estrogenu i zmniejsza ryzyko powstawania wielu dolegliwości charakterystycznych dla wieku średniego. Badania wskazują, że orgazm powodujący wyprowadzenie estrogenu z macicy do obwodu organizmu zmniejsza ryzyko wystąpienia torbieli. Pobudzanie serca i krążenia – oczywiście w rozsądnych granicach – gwarantuje lepsze ukrwienie organizmu i większą gotowość na pokonywanie codziennych trudności. Bez względu na wiek kobieta zadowolona z siebie, pewna siebie i lubiąca swoje ciało – a pozytywny seks ma tę właściwość, że oswaja nam własne ciało – jest piękna i wzbudza zachwyt.

Profesof Michalina Wisłocka kilka dekad temu zainicjowała w Polsce rewolucję seksualną ucząc kobiety ich ciała, pokazując rozwój płciowy, aspekty związane z płodnością, metody. Pokazywała im wybór, jaki przed sobą mają i nadała tok zmianom, jakie w świadomości wielu teraz dojrzałych lub nawet wiekowych kobiet aktualnie zostały na zawsze. W chwili obecnej rewolucja, jaka ma miejsce nie dotyczy tylko aspektów biologicznych płciowości kobiety czy też jej ról społecznych w kontekście partnerstwa w związku. Seksualność, z jaką mierzą się współczesne seniorki to odkrywanie na nowo swojej płci jako źródła nie tylko zobowiązań ale też ogromnej przyjemności i poczucia pełnej kontroli nad własnym ciałem, którego wrażliwość świadomie można rozwijać, żeby potem czerpać z niego rozkosz.

anna moderska, maj 2012

your ultimate love guide

Niejednokrotnie kiedy przeżywa się trudne chwile w związku człowiek zastanawia się co dalej. Poszukuje odpowiedzi, czyta, pyta bardziej lub mniej wprost osoby, które wydają mu się ekspertem, lub takie, które przeżyły podobne sytuacje.

Siedzę dziś przy pracy, piszę kilka tekstów jednocześnie i wsłuchuję się w popelinę telewizji śniadaniowej. Od rana mielą ten sam temat – Walentynki. Nie to, że potępiam. Zasady rynku wyraźnie wskazują co należy pokazać w określony dzień i jeśli jest gotowy temat, który można ogarnąć, czemu tego nie robić. No i właściwie lubię Walentynki. Nie jaram się, nie „muszę” ich celebrować ale lubię – to miły moment na powiedzenie sobie kocham cię mój skarbie, jesteś wszystkim moja ukochana. Jeśli można to powiedzieć, czemu nie? Podczas programu w pewnym momencie nastąpił wywiad o tym, czym jest miłość, co zrobić by trwała jak najdłużej, jak miłość idzie w parze z seksem i odwrotnie. Wszystko brzmiałoby rozkosznie idealnie, nawet Pani prowadząca wywiad pasowała ze swoim perlistym śmiechem i elfią lekkością poruszania się po powierzchni tematu. Był natomiast we wszystkim jeden malutki maluteniunieczki szkopół. Porad i mądrości na ten temat udzielał niezwykle wiekowy zakonnik.

I tu zaczynam odczuwać straszliwy dysonans. Rozumiem rozważanie kwestii filozoficznych związanych z tworzeniem długoletniego związku, czy też trwaniem w obietnicy (w końcu zakonnicy i księża rozmaitej maści też zgodnie z przysięgą powinni w czymś tam trwać, bez względu na okoliczności). Rozumiałabym nawet gdyby zakonnik czy też osoba duchowna zajmująca się dajmy na to pomocą psychologiczną wspierała kogoś na trudnej drodze wątpliwości lub z okazji jakiejś życiowej trudności, która tę osobę dopada – pomagacz nie musi mieć doświadczenia osobistego w ramach trudności, o której mówi osoba pomocy poszukująca – musi umieć rozmawiać i wesprzeć. I to przy odrobinie szczęścia i pracy jest dostępne dla każdego.

Jednak bycie mentorem w kwestiach, które nie dotyczą duchownego jest dla mnie rażące, a do tego świadczy o pysze. No bo tylko arogancja może dawać prawo do pouczania o byciu z drugą osobą osobie, która takich doświadczeń nie miała nigdy. Tak sobie myślę, że bardzo prosto jest być autorytetem w dziedzinie, w której nie miało się szans zawalić, prawda? Nie zawaliłem, bo taki byłem dobry? Nie, nie zawaliłem, bo życie nie dało mi szansy lub nie skorzystałem z szansy sprawdzenia czy dam radę. To takie proste. Tylko co to za autorytet? Co on może wiedzieć o wątpliwościach i trudnych chwilach? OK, usłyszę pewnie, że przecież oni też przeżywają wątpliwości i trudności, załamują się i zadają sobie pytanie, czy to jest to co na pewno chcą robić. Jak to zgrabnie ujmują niektórzy odziani w sutanny czy habity – „są wystawiani na próbę”. Ja się tylko pytam, jaką próbę. Mają wątpliwości, czy bycie z Panem Bogiem jest tym czego chcą. A co ten Pan Bóg im robi w życiu, oprócz tego, że jest jakąś reprezentacją w ich własnych głowach? Ma cechy takie, jakie oni chcą, ma intencje i myśli takie, jakie oni chcą, kocha ich tak,jak oni tego chcą, tak naprawdę. I jak to się ma do trwania w związku, w którym ścierają się dwa odmienne światy, z innymi myślmi, poglądami, wyobrażeniami i uczuciami też? Jak to się ma do cierpliwości w związku, w którym druga strona rani, odrzuca, fizycznie i psychicznie maltretuje. Obiecuje poprawę, zapewnia, że będzie inaczej od jutra, od teraz, a potem jest tak samo, nic się nie zmienia. Przecież to nie jest urojenie, że ktoś powiedział „dobrze”, kiwnął głową, przytulił i zapewnił, że będzie się starał, a potem nie robi nic.  Czy „cierpliwość” jest odpowiedzią dla kobiet bitych i krzywdzonych w swoich związkach? W jaki sposób adekwatne są w tej sytuacji mądrości księdza, zakonnika, który nigdy nic nie zrobił samodzielnie, który funkcjonuje w ramach hierarchii, w której nie jest ważne, co on myśli i czuje – a to, co mu nakazuje system, w jakim tkwi?  

Ta cała metafora „miłości do kościoła” czy „miłości do boga” którą tak chętnie się eksploatuje w rozmaitych rozmowach o związkach z kapłanami, to jedno wielkie bambuko. I mnie to bambuko nie interesuje.

Kobiety na okrągło

Dziś znowu trochę inaczej, artykuł znajomej – taki, który powinien trafić do każdej dorosłej kobiety.

_____________________

Chodzisz do ginekologa, robisz stosowne badania, w razie potrzeby podejmujesz się leczenia i zażywasz odpowiednie globulki, maści czy płukanki. Cenisz swojego ginekologa, ufasz mu i wiesz, że dba o Ciebie w sposób najlepszy z możliwych. Wszystko sprawdza, przepisuje antykoncepcję lub terapię zastępczą. I jest gotowy poprowadzić Twoją ciążę lub przekazać Cię specjaliście położnikowi, który zrobi to najlepiej jak można. Wydawałoby się, że zna Twoje najintymniejsze sprawy. Jednak być może są kwestie, o których nie rozmawiasz nawet z lekarzem…Zwłaszcza z tym, że nie odczuwasz przyjemności współżycia tak, jak kiedyś.

Po prostu przyjmujesz, że po urodzeniu dziecka „jesteś szersza”, nie masz w końcu 16 lat. Seks nie jest przez to taki jak na początku, ale przyzwyczaiłaś się. Kiedy słyszysz, że kolejny mąż lub partner jakiejś rówieśniczki odszedł do młodszej, zastanawiasz się, czy być może to właśnie dlatego. Tęsknisz za emocjami w związku, za ogniem, który trochę przygasł. Nie wierzysz, że ginekolog jest odpowiednim lekarzem do „tego problemu” – w końcu nie jest to specjalista od przyjemności, a od fizjologii.

Jednak rozluźnienie pochwy, wiotczenie mięśni miednicy to jest jak najbardziej kwestia kobiecej biologii i fizjologii. Mięśnie dna miednicy tworzą coś na kształt hamaku, którzy podtrzymuje na odpowiedniej wysokości narządy wewnętrzne. Rozciągnięty pomiędzy kością ogonową i kością łonową pas mięśni układa się w dole macicy łukowato, otaczając sprężystymi włóknami zbudowane z mięśni gładkich łechtaczkę, cewkę moczową, pochwę oraz odbyt, który dodatkowo otoczony jest zwieraczem. Fakt, że mięśnie są jędrne i zwarte powoduje, że wszystkie te elementy są odpowiednio ściśnięte u ujścia – że nie popuszczamy moczu dopóki nie rozluźnimy się i nie wykonamy wysiłku parcia, że przyjemność ze stymulacji łechtaczki „rozlewa się” wzdłuż mięśni wzdłuż pachwin czy wreszcie, że pojedyńczy tampon jest w stanie zatrzymać krwawienie miesiączkowe nie wypadając. Dzięki sprężystym mięśniom dna miednicy w czasie współżycia wejście do pochwy ściśle oplata penisa, co jest źródłem rozkoszy zarówno dla kobiety, jak i jej partnera. Kobieta może cieszyć się intensywniejszymi doznaniami. Wg badań, to właśnie „ścisłość” pochwy powoduje, że kobieta stwierdza że penis partnera jest większy lub mniejszy – im luźniejsze są mięśnie, tym większe złudzenie, że penis jest nie dość duży. Współżycie w takiej sytuacji nie daje pełni satysfakcji. I choć z pewnością doświadczeni kochankowie radzą sobie z tym problemem całkiem dobrze, rzecz jest w tym, by ułatwiać sobie zbliżenie z partnerem, a wysiłki włożyć wyłącznie w doskonalenie relacji. Wg Dra Arnolda Kegla, amerykańskiego badacza z lat 50tych kobiety, którym zalecał odpowiednie ćwiczenia (oryginalnie mające na celu leczenie inkontynecji moczowej) relacjonowały znaczną poprawę jakości życia seksualnego. Zgodnie z jego teorią ćwiczenie tych mięśni zwiększa prawdopodobieństwo osiągania orgazmu podczas stosunku waginalnego. I choć obecnie wiemy, że nie jest to takie oczywiste wszystkie kobiety ćwiczące mięśnie kegla oraz ich partnerzy zapewniają o stymulujących doznaniach, które w znaczący sposób zwiększają prawdopodobieństwo szczytowania.

Dobry lekarz na pewno będzie wiedział, jak pomóc kobiecie, która zgłosi mu problem rozluźniania się tych mięśni. Objawem może być właśnie niedostateczna stymulacja podczas współżycia, wypadanie tamponów, „nieoplatanie” mięśni wokół palca – jeśli włożymy go do pochwy. Trening mięśni dna miednicy jest prosty i dostępny każdej kobiecie. Ćwiczenia tej strefy ciała można wykonywać korzystając ze specjalnych piłek gimnastycznych, wzmacniając całą miednicę prostą gimnastyką. Jednak kluczowe dla sprężystości i sprawności całego hamaka mięśni są wspomniane już ćwiczenia Kegla. Jest to rodzaj ćwiczenia polegający na zaciskaniu mięśni w obrębie krocza – od cewki moczowej, pochwy, po odbyt. Żeby zlokalizować te mięśnie należy zasymulować zacisk, jakiego używamy do zatrzymania strumienia moczu. Możemy wsunąć palec do pochwy i spróbować zacisnąć te mięśnie – sprawdzimy wtedy jak one są mocne. Na początku mogą być dość słabe. Zaciskając je kilka razy dziennie przez kilka minut, podczas codziennych rutynowych czynności, siedząc przy komputerze, czytając książkę, oglądając telewizję itp. możemy wzmacniać mięśnie. Jeśli mamy więcej czasu i możliwość zapewnienia sobie intymności możemy zaopatrzyć się w specjalne podłużne „ciężarki”, których jeden koniec wsuwa się do pochwy (leżąc na plecach) i zaciskając unosi drugi koniec. W przypadku kiedy nasz partner jest wyrozumiały i świetnie się z nim rozumiemy, możemy spróbować ćwiczyć razem – podczas stosunku zaciskać mięśnie Kegla w momencie wysuwania się penisa z pochwy, a rozluźniania, gdy penis wsuwa się do środka. Warto, by partner dostosował tempo do nas. Ćwiczenie może być niezwykle stymulujące.

Rozwiazaniem najbardziej komfortowym na codzień są współcześnie produkowane, najlepiej przez renomowane firmy, kulki waginalne (zwane też kulkami gejszy, kulkami miłości, loveballs czy smartballs). Działanie kulek waginalnych jest znacznie lepsze niż działanie jakichkolwiek innych gadżetów. Dobrze wykonane kulki pozwalają ćwiczyć mięśnie mimochodem, wykonując codzienne zwykłe czynności, ale też tańcząc, uprawiając sport, spacerując. Należy pamiętać, by nie siedzieć w miejscu, bo ćwiczenie nie odniesie skutku. Kulki wkłada się do pochwy, jak tampon. Działanie kulek polega na tym, że mniejsze ciężkie kuleczki znajdujące się w obudowie (najbezpieczniejsza jest z silikonu medycznego) pod wpływem ruchu zaczynają się ruszać, wprowadzając w mikrowibracje cały gadżet, który drażni ścianki pochwy. Mięśnie gładkie i wszystkie mięśnie w obrębie pochwy zaczynają samoistnie się kurczyć, reagując na wibracje kulek. W ten sposób kobieta bez wysiłku trenuje mięśnie Kegla. Kulki po ćwiczeniach należy wyjąć, umyć, odkazić oraz schować w czyste pudełko, etui lub woreczek. Przed następnym użyciem też należy kulki zdezynfekować. Wprowadzając je do pochwy można użyć lubrykantu. Noszenie kulek może odbywać się codziennie – od kilkunastu minut do kilku godzin, jeśli są to kulki dobrego producenta.

Nie każda kobieta wie, że w takie dolegliwości jak inkontynecja moczowa czy brak pełni satysfakcji w seksie mogą świadczyć o problemach ze zdrowiem. Bardzo niewiele kobiet zdaje sobie sprawę, że łatwo można tych trudności uniknąć, a każda kobieta może aktywnie wpływać na poprawę kondycji tej części ciała. Nie warto wstydzić się lekarza, którego rolą jest pomoc i doradzenie w tak ważnej dla nas kwestii. A jeśli nie jesteśmy pewne, co robić, poczytajmy fachową literaturę lub artykuły w wiarygodnych magazynach – zarówno tych papierowych jak cyfrowych.

Anna Moderska

rajtki dla geja, czyli okrutna kastracja męskości

Moje małe dziecko jest dzielne, mądre, śmiałe i nie ma kompleksów. Moje małe dziecko jest uparte, walczy o swoje jak lew i umie przyznać się do błędu, choć zdarza mu się też pokusa prześliźnięcia się po odpowiedzialności mimo niemądrego kroku, jaki wykonał. Moje dziecko niemal zawsze negocjuje, jeśli coś mu nie pasuje. Czasem wrzeszczy. Uczę moje dziecko gry fair play, troski o słabszych i wytrzymałości w dążeniu do celu. I do tego wszystkiego wychowuję je na „jakiegoś geja”.

To wcale nie jest żart. Przynajmniej wg niektórych. A wszystko dlatego, że nie umacniam w moim dziecku – chłopcu cech silnie związanych z jego własną płcią. Pewna wykształcona i wydawałoby się rozsądna kobieta pracująca w publicznym ośrodku pomocowym nie kupuje swojemu dziecku płci męskiej (dwulatkowi) rajstop – bo, jak argumentuje razem z mężem, nie chcą wychować geja. To wcale nie jest żart. Ja mojemu dziecku zakładam rajstopki z serduszkami, zaopatrzyłam go w zestaw zabawek-garnków, bo uwielbia gotować, nie wyrywam z rączki torebki kiedy ją zakłada i nosi po całym domu, pozwalam, by korzystał z różowej deseczki sedesowej dla dzieci i bawił się wózeczkiem z lalką w środku. A na pytania, czy może się malować mówię, że jak urośnie będzie mógł się malować jeśli tylko będzie miał na to ochotę, a jeśli nie, to nie. Nie widzę zagrożenia w tym, że kwestionuję stwierdzenia typu „chłopaki nie mażą się” albo inne w podobnym tonie, które zdarza mi się od czasu do czasu usłyszeć. Tak jakby dziewczynkom „mazanie się” przystoiło. I w ogóle o co chodzi z tym przypisywaniem cech męskich/żeńskich? Owszem – mam określony typ mężczyzny, który mnie kręci i podnieca i te i tamte cechy wydają się mi w nich „męskie” jak mówię. Z drugiej wszak strony jeśli zakładam hipotetyczną możliwośc związania się z kobietą, to ona de facto też musiałaby posiadać te konkretnie cechy. Więc to nie cechy „męskie” tylko inne od moich…

Nie wiem, jakiej orientacji będzie moje dziecko kiedy dorośnie, to się jeszcze okaże i jeśli będzie szczęśliwy, każda opcja będzie idealna. Przeciętny Kowalski „nie ma nic przeciwko gejom, tylko żeby się nie obnosili i nie startowali do niego” (przeciętny Kowalski jak widać nie ma kompleksów). Przeciętny Kowalski wpada w paranoję na myśl, że jego syn mógłby okazać się gejem – bo to podważa jego męskość – nie, nie męskość dziecka, ale męskość uświęconego plemnika ojca, który okazał się nie dość męski, twardy i wytrzymały, najpierw „pożarła go kobieta” (właściwie po wytrysku przeciętny Kowalski, jeśli nie spuszcza się do własnej łapy nie ma wglądu w to, co dzieje się z jego uświęconymi plemnikami, które często wbrew jego woli zapładniają płodną, o zgrozo, kobietę, która pewnie do tego i tak dąży za wszelką cenę), a potem w jej łonie, zamiast chłopa wyrosło jakieś niemęskie dziwadło.
Ci mężczyźni nienawidzą gejów, nie traktują kobiet po partnersku, nienawidzą niejasnych płciowo dziwadeł, nienawidzą wszystkiego, co nie byłoby dość męskie, albo próbowałoby „godzić” w tę słabiutką, jak się okazuje, męskość.
Współczuję mężczyznom, którzy są tak niepewni swojej męskości, że muszą ją obudowywać rytuałami, kostiumami i gestami. Mężczyznom, którzy tak się o nią lękają, że muszą używać całego swojego gniewu, nienawiści i złości, żeby zdeprecjonować coś, co rzekomo tę męskość podważa lub kwestionuje. Lub jej nie podkreśla. Kowalski czuje się mało męski, kiedy inny męzczyzna obok niego robi coś „kobiecego”. W psychologii mówi się dużo o kobietach, które budują swoją wartość poprzez przeglądanie się w oczach mężczyzn. Zastanawiam się kiedy zacznie się mówić o mężczyznach, którzy swoje poczucie męskości budują na podstawie „poziomu męskości” innych samców w ich otoczeniu. Im więcej testosteronu dookoła, tym lepiej oni się czują – im testosteronu mniej, tym większy lęk ogarnia przeciętnego Kowalskiego. Tak jakby jego własnego testosteronu nie nastarczało, żeby czuł się mężczyzną.

A przecież nie ma nic bardziej męskiego i podniecającego dla kobiety heteroseksualnej jak mężczyzna, który zawsze czuje się męski i nie boi się ubrać rajstop, kiedy okazują się wygodniejsze a pogoda wskazuje na potrzebę założenia czegoś pod spodnie.

P.S.
Jest gorzej, znalazłam ostatnio lejek do sikania dla kobiet – wg mnie prawdziwy hit. Wojna o niego dopiero pewnie się zacznie.

„Każda kobieta ma prawo do orgazmu i powinna zrobić wszystko, by go osiągnąć.”

Myślałaś, że jesteś w związku szczęśliwym, lubisz seks, kochasz partnera i czujesz się z nim wspaniale?  Jeśli nie osiągasz orgazmu… przemyśl to jeszcze raz!

Tylko nie idź do seksuologa!  Jeszcze Ci powie, że kwestie orgazmu nie są do końca jasne, że kobiety nie muszą go przeżywać, żeby być w pełni szczęśliwe i spełnione – jak twierdzą okłamywani przez swoje pacjentki seksuolodzy, że orgazm nie jest podstawowym warunkiem satysfakcji w relacji erotycznej, że może się wykształcić umiejętność jego przeżywania jeśli jest się aktywnym erotycznie, ale nie jest obowiązkiem… dalej pisać te brednie, które powie Ci specjalista? Konował jeden!  Na kurs by poszedł jakiś, a nie bredził…szowinista. Abo szowinistka, bo w końcu kobiety seksuolodzy też istnieją.